When Google Maps failed, and Africa partied hard!

How to tell when you reached western-civilization-free zone? It’s quite simple.
From here you’re surrounded by dozens of kids, following your every step in absolute silence, cut by a spontaneous outburst of laughter and high-pitched squeals. Here, mzungu was present only in the evening stories, so for villager’s kids, you’re like a monster from under the bed. They will follow you -this new, strange creature – whisper among each other and scream when surprised, scared or both (yup, that happened as well) – here you are, into the wild, on the unbeaten track, kids everywhere, never alone.

IMG_1083

We walked 5 miles already, looking for The Miracle Center (no jokes, legit church)– to which directed us the best friend and protector of us – Google Maps and Maps Me app. My long dress was lifting off the road more and more of the red dust, I was covered in it. Still, worth it! After all, we were going to the party! Not any party, THE PARTY of our friend, who just finished his law degree.
Party in rural Africa – how many mzungus were invited to such events?!
#showingoff

IMG_1085

Lost in the narrow tracks of Pallisa district, we reached undiscovered. Surrounded by a group of sprites-like little humans we wander in search of this…miracle center.
To every mom, thinking “how cute and adorable” right now, I have sad news to announce: No, neither cute nor adorable. I don’t like kids and, frankly, because of this trip, I don’t like them even more. Especially when they’re persecuting us and trying to touch my skin (dude, I’m not a freaking brass statue or a touristic attraction!).
To make matters even worse, I needed to pee (badly, but not enough to ignore kids following my EVERY step) and Uncle Google happily announced that we reached our destination. My Sherlock sharp instinct tells me that Google hasn’t research eastern Uganda well enough, no traces of miracles around.

IMG_0875

But we didn’t give up even then, we continued through the bushes for another mile, led by little humans persistently repeating “miracle center!” and pointing forward. It might have been the best walk ever – we were surrounded by different shades of green leaves and vines contrasting with redness of the soil (I honestly cannot understand why we’re calling it “black land”, as far as sight reaches, the soil is red!). Lush vegetation, a smell of wildflowers, and the sound of crickets, beetles and the whole bunch of loud other insects invading the neighboring fields, it was just great. I could’ve walked there forever… if someone would take those kids away from me!

 

DSC_0141
All credits: Franca Wissmann, who captured my deep love for kids…

Drenched in the dust, frustrated by the full bladder and quite exhausted, I looked up to see…a hut, with a thatched roof, tadam! Proudly presented by little creatures, Miracle Center. It was too much. I turned back, Radek followed, and behind him our own -bigger than a community on our facebook page- African kindergarten. Resigned, we called our friends (so they’ll start looking for us before dusk) and they found us, after half an hour – this is how far from reality Uncle Google brought us!

How was the party in honor of our freshly made lawyer?

IMG_0840

I don’t know about Radek, but when I heard “party” I imagined buffet with snacks, too loud music and the host running nervously between people.
Well, Africa’s had a different vision. Here, party means 5 rows of plastic chairs (mzungu in the first row – VIP section) and prearranged trips of different people to the microphone. Long speeches in the local dialect and their even longer translations, everything about God and money, not necessarily in that order. The host – Richard – gave us a detailed account of his educational background and hinted at the All Mighty God, all that while asking him for a fruitful career with a lot of income. I don’t get
Christians sometimes.

IMG_0873

When guests were unable to sit still anymore, women of the house were dragging everyone to the dance floor – grass – for a short round of stretching, combined with energetic jumps to the beats of ethnic music and loud cheers. After that, we were listening to some more God-Money stories with awaken attention. What a disaster! Where is fooood? We came for some food!
All those elongated speeches told on the empty stomach, made the attention of the whole village (we heard that in fact, this is one family) turn to food, prepared at the back by some lucky bastards…

IMG_0859

Hungry, but damn, we were happy! We danced together to every song, we laughed, we shared our boredom during long “lectures” and generally speaking, everybody was doing everything to make us feel at home. The whole feast (oh! we devoured it fast) was just a cherry on the top.

This whole day was a surreal experience! Walking through African thickets in this ridiculously long, expensive dress, which would easily feed the surrounding villages for the next year. Being among villagers, who with collaborate hard work, sent one person to the University in the prospect of a brighter future. In all of that, us, who came from the alien world – where BSc.  before your name is a guarantee of McDonald’s job at most.

I will remember this day forever. It was exhausting, boring at times, extremely funny and full of joy and nice food (at the end). Crooked, dear Africa, something you won’t get to see on a trip with a travel agency.

IMG_0829

Skąd wiadomo, że dotknęło się świata nieskażonego zachodnią cywilizacją? To całkiem proste, ni stąd ni z owąd jesteś otoczony gromadką dzieci śledzących Twój każdy krok. W ciszy, którą raz na jakiś czas, jak brzytwa, przecina piskliwy wrzask albo histeryczny wybuch śmiechu.
Świat, w którym mzungu obecni są tylko w wieczornych opowieściach, kiedy go odkryjesz potraktuje Cię z szacunkiem należnym potworowi spod łóżka. Dzieci (a czasami i dorośli) będą Cię śledzić, jak istotę z innego świata, szeptać w nieznanym języku i krzyczeć, w momentach zaskoczenia, strachu a niekiedy obu na raz (takie sytuacje też nam się zdarzały!) – i już wiesz, dotknąłeś nieznanego, idziesz nieodkrytym szlakiem, dzieci – skrzaty nie odstąpią Cię na krok.

I szliśmy już tak już 7 kilometrów, poszukując Centrum Cudów (bez żartów, tak nazywa się kościół) – prowadzeni przez przyjaciela i opiekuna – Mapy od wujka Googla i apkę Maps Me. Moja długa kiecka z każdym krokiem unosiła z drogi coraz to więcej czerwonego pyłu, cała byłam nim utytłana, ale było warto. W końcu szliśmy na przyjęcie z okazji ukończenia studiów prawniczych przez naszego znajomego! Wiejska, afrykańska impreza – ilu mzungu było na takie zaproszonych?!

Zagubieni w gąszczu ścieżek dystryktu Pallisa, odkryliśmy nieznane. Otoczeni grupką przypominających skrzaty – małych ludzi- szukaliśmy…centrum cudów.
Przykra wiadomość dla każdej mamy, która wzdychając myśli sobie teraz „jakie to słodkie, jakie to urocze”. Nie. Ani to słodkie, ani urocze, kiedy nie lubi się dzieci. Ja dzieci nie trawię. W zasadzie to przez tę podróż, wcale ich już nie lubię. Szczególnie kiedy nas prześladują i próbują dotknąć mojej skóry (ani ze mnie mosiężny posążek ani atrakcja turystyczna!).
Na domiar złego, chciało mi się siku, (bardzo, ale nie wystarczająco, żeby olać podążający każdym moim krokiem tłum dzieci) a wujek Google radośnie oznajmił, że dotarliśmy do celu. Hmmm, mój detektywistyczny zmysł mówi mi, że Google nigdy nie był we wschodniej Ugandzie, bo po cudach ani śladu.

Niezłamani szliśmy dalej po zarośniętej ścieżynie, prowadzeni przez małych ludzi uporczywie powtarzających „centrum cudów!” i wskazujących na krzaki przed nami. To mógłby być najlepszy spacer po Ugandzie – różne odcienie zieleni kontrastujące z czerwienią afrykańskiej gleby (bo tak na serio to ja nie wiem kto wymyślił nazwę „czarny ląd”, ląd jest czerwony jak okiem sięgnąć!). Otoczeni bujną roślinnością i zapachem polnych kwiatów, słuchaliśmy świerszczy, chrząszczy i całego polnego ustrojstwa. Mogłabym tak chodzić godzinami… tylko weźcie ode mnie te dzieci!

Utytłana pyłem, sfrustrowana pełnym pęcherzem i już całkiem zmęczona, załamałam się widząc co dzieci przedstawiły nam jako Centrum Cudów – pokrytą strzechą lepiankę, bez szans na żadną imprezę w okolicy. W tył zwrot, wpierw zrobiłam ja, za mną Radek a za nim nowo utworzone, choć rozwijający się szybciej niż nasz fanpage na fb, afrykańskie przedszkole.
Zrezygnowana zadzwoniłam do naszych znajomych (co by zaczęli nas szukać zanim zrobi się ciemno). Akcja poszukiwawcza trwała jakieś pół godziny – wujek Google zawiódł po całości!

A sama uroczystość na cześć świeżo upieczonego prawnika?

Nie wiem jak Radek, ale ja słysząc „przyjęcie” wyobraziłam sobie szwedzki stół, głośną muzykę i nerwowo uganiającego się między gośćmi gospodarza.
Afryka miała na to inny pomysł. Tutaj, przyjęcie znaczy 5 rzędów krzeseł ogrodowych (mzungu w pierwszym – sekcja VIP) i zaaranżowane wycieczki do mikrofonu. Długie przemowy w lokalnym języku i ich jeszcze dłuższe tłumaczenie, wszystkie o bogu i pieniądzach, niekoniecznie w tej konfiguracji. Później Richard – gospodarz o nowo nabytym, niechlubnym zawodzie- opowiedział nam, ze szczegółami, swoją „drogę do sukcesu”, napomknął o bogu i poprosił go o owocną karierę ze sporym przychodem. Ach te chrześcijańskie priorytety!
Kiedy goście nie byli już w stanie usiedzieć w jednym miejscu, kobiety rodu wyciągały wszystkich na parkiet -trawnik- na krótką rundkę energetycznych podskoków w takt etnicznych dźwięków i radosnych okrzyków, aby po chwili z pobudzoną uwagą wysłuchać kolejnej porcji opowieści o znaczeniu pieniądza i ku chwale najwyższego. Katastrofa! Gdzie jest jedzenie?! Wszystkie te historie opowiedziane na pusty żołądek sprawiły, że uwaga całej zgromadzonej wioski (bo to w istocie jedna rodzina) skupiła się na przygotowywanym na tyłach posiłku.

Byliśmy głodni, ale świetnie się bawiliśmy! Wszyscy zadbali o to żebyśmy czuli się ważną częścią wydarzenia, przetańczyliśmy wspólnie każdą piosenkę i razem nudziliśmy się podczas długich przemów. Wspólny posiłek, na który rzuciliśmy się wygłodniali, był już tylko wisienką na torcie.

Cały dzień był wydarzeniem nie z tej ziemi! Wycieczka po afrykańskich peryferiach, w tej długiej, drogiej sukience, która bez trudu wykarmiła by okoliczne wioski przez najbliższy rok. Przyjęcie Richarda, prawnika, na którego wykształcenie pracowała cała wioska, a w tym wszystkim my, biali ze świata, w którym „Inż.” przed nazwiskiem gwarantuje Ci co najwyżej pracę w McDonaldzie.

Ja ten dzień zapamiętam na zawsze. Zmęczył, rozbawił, wynudził i nakarmił. Afryka wszystko robi na opak i nie zobaczysz tego na wycieczce z agencji turystycznej.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s