“I told you so!”: About this one time I didn’t want to be right (PART 1).

We entered Rwanda very pissed off at Tanzania mainland, country for tourists, not for travelers. Next time, with more money and hopefully more patience for arrogant catcalling assholes which are an inseparable part of a landscape, exactly like a wildlife to the Serengeti and Ngorongoro Crater (but you don’t need to pay a fee to see the assholes in a natural habitat).

IMG_0501

We crossed to Rwanda and we were astonished from the beginning, officers at the borders throwing away all the -forbidden in Rwanda- plastic bags, immaculately clean sideways, beautiful homes surrounded by the green mountains we were longing to see in months, grass and other “home, sweet home” type of details we haven’t even realize we missed!

IMG_0489

Luxemburg of Africa they told us, and we thought that it’s one of many traveler’s exaggerations, but we were wrong. Big and beautiful Kigali looks like everything my friends and relatives would consider “normal”, Kibuye with its incredible view over a lake with thousands of little islands is astonishing and like all the roads, the homes, the people with the difficult -and very young- history in the background, destroyed everything we thought we knew about Africa. In Rwanda, we saw East Africa in a full glory.

IMG_0514

In Kibuye our path crossed again with the ones of our traveling across the globe friends (I hope we’ll meet again soon!). We improved our relations with blue-balled-monkeys (they were bad since the blue-balled representative from Zimbabwe stole our food…last food) by feeding one with a banana and realizing that they are kind of cute and we shouldn’t judge a book by its balls. We went on an island full of huge bats (we heard that their population is reaching 5 million!) and we watched “free ranged” cows swimming between tiny islands.

IMG_0589

Then it was time to leave again, to see the land of Uganda, explore some more.

I remember one night with my family just before Halloween in Parisian Disneyland. Like if Disneyland wouldn’t be a surreal experience on its own, we were walking in a misty, cold evening air which was biting our warmed by excitement bodies. I felt the same a week ago when we came out off stuffy Trinity Express bus (remember this name, coz you don’t want to board that one!) at Katuna Border Post. The thrill wasn’t about Pirates of Caribbean rollercoaster’s but unknown land, cheek-biting cold caused by the altitude, not the changing seasons. Yet, the darkness of a night filled with mist brought me back to Europe, to this pumpkin decorated day full of childish joy, when my biggest misfortune was getting closer to the end of Disneyland marked ticket roll.
I took it as a good sign but I was terribly wrong!

Our East African visa obtained -not without struggles- in Rusumo, Rwanda was supposed to get us through next few borders quicker and cheaper, so entering Uganda should be a piece of cake. One stamp on the exit and the other one on the entrance, easy peasy lemon squeezy. Not exactly.
Lane to the Uganda Immigration Office was longer than the ones I saw in Disneyland all those years ago, and no reward at the end – just a stamp, like so many before.

IMG_0536

We saw our bus on the other side of no-mans-land, our life spread between two 60+ l backpacks kept in a boot and few belongings left on the seat.
Have you ever had that unexplainable rush of cold sweat running down your back because of one ridiculous thought? Well, maybe that’s the woman’s intuition, or perhaps we spent on this crazy land too much time already. Anyhow, in that instance, I felt it and I asked Radek what if our bus will leave without us? The engine is running, most of the passengers are already inside, will they wait for us? Could you run and tell them that we’re still waiting for our welcome stamps?
We had a short racist debate, coz Radek was saying that white people are almost fluorescent in the dark and for sure not possible to miss in a bus full of people of different ethnicity, then…the bus left.

IMG_0621

We had our border adventures and border struggles, but we were never left behind ON the border. Radek tried to run after our bus but it was too late. “I told you so!” was the last thing I wanted to say too. I didn’t want to be right, possibly, for the first time in my life.

IMG_0617

It would be too much to tell that story in one part, so I’ll leave you waiting in anticipation. I’ll leave you where we’ve been left behind: Alone in the cold, misty night on a no-mans-land between gorgeous Rwanda and undiscovered Uganda, no Disneyland excitement here. Place where we’ve been without our home – two big backpacks I’m complaining about a lot- without transport, money, food or even jumpers. Stuck again.

Till the next week.

IMG_0598

Do Rwandy wjechaliśmy poirytowani Tanzańskim stałym lądem. Kraj dla turystów, nie dla podróżników. Ulice miast pełne chamów rzucających obraźliwymi wyzwiskami są tu krajobrazem równie typowym co dzikie zwierzęta w Parku Serengeti czy kraterze Ngorongoro (tyle, że żeby oglądać tych pierwszych w naturalnym środowisku nie trzeba płacić). Cóż, innym razem, z większym portfelem i wytrzymałością na idiotów.
Za to Rwanda oczarowała nas już na początku, na granicy oficerowie przeszukują bagaże i wyrzucają zakazane w kraju produkty jak np. plastikowe torebki! Pobocze zarośnięte trawą a nie śmieciami, piękne domy w dolinach zielonych gór, których nie widzieliśmy od miesięcy. Rwanda zafundowała nam czas „prawie jak w domu” i było naprawdę bardzo fajnie.

Luksemburg Afryki mówili, a my traktowaliśmy to jak jedno z wielu podróżniczych wyolbrzymień, oj w jakim byliśmy błędzie! Kigali, wielkie piękne miasto, które dla wszystkich moich znajomych czy krewnych byłoby po prostu „normalne”, Kibuye z niesamowitym widokiem na jezioro pełne malutkich wysepek tak samo jak wszystkie drogi, domy i Ci piękni ludzie z niesamowicie młodą i trudną historią w tle, zburzyło nasze wyobrażenie o Afryce. W Rwandzie zobaczyliśmy Afrykę Wschodnią w pełnej krasie.

W Kibuye po raz kolejny skrzyżowaliśmy ścieżki ze znajomymi objeżdżającymi Afrykę (i świat) wzdłuż i wszerz (mam nadzieję, że nie po raz ostatni). Poprawiliśmy nasze relacje z małpami o błękitnych jądrach (układy mieliśmy kiepskie, odkąd ich niebieskojajeczny przedstawiciel z Zimbabwe ukradł nam jedzenie…ostatnie jakie mieliśmy), poprzez banana pokoju, zrozumieliśmy, że te małpy są całkiem urocze i nie można oceniać książki po kolorze jąder. Popłynęliśmy też na wyspę pełną wielkich nietoperzy (populacja wyspy według mieszkańców to około 5 milionów!) i przyglądaliśmy się krowom „z wolnego wybiegu” przepływającym między mikro wysepkami.

A potem trzeba było jechać, zobaczyć Ugandę, poodkrywać jeszcze trochę.

Pamiętam jedną noc, kiedy tuż przed Halloween, z moją rodziną wybraliśmy się do paryskiego Disneylandu. Jakby ten park nie był wystarczająco abstrakcyjny sam w sobie, chodziliśmy we mgle tej zimnej październikowej nocy, rozgrzani z podekscytowania, z przemarzniętymi polikami. Tak samo czułam się tydzień temu, kiedy wyszliśmy z dusznego autokaru Trinity Express (zapamiętaj tę nazwę co by nigdy nie wsiąść na ich pokład!) na przejściu granicznym do Katuny. Podekscytowanie nie dotyczyło kolejki górskiej Piratów z Karaibów a nieznanym lądem, do którego jechaliśmy, uderzający chłód spowodowany był górską lokalizacją, a nie zmieniającą się porą roku. A jednak ciemna noc wypełniona mgłą zabrała mnie tych parę lat wstecz, do Paryża, do udekorowanego dyniami dnia pełnego dziecięcej ekscytacji, kiedy to moim największym zmartwieniem była zbliżająca się ku końcowi rolka disneylandowych bilecików na kolejki.
Wzięłam to za dobrą wróżbę i nie mogłam być bardziej w błędzie.

Nasze wizy na Afrykę Wschodnią, które -nie bez przeszkód- dostaliśmy w Rusumo, Rwanda miały zabrać nas do kolejnych krajów taniej i szybciej, wjazd do Ugandy miał być bułką z masłem. Stempelek na wyjeździe i drugi na wjeździe, nic prostszego. Nie w naszym przypadku.
Kolejka do biura imigracyjnego Ugandy była dłuższa niż te, w których stałam parę lat wcześniej w Disneylandzie, a na końcu zero atrakcji – stempel do kolekcji.

Na drugim końcu ziemi niczyjej widzieliśmy nasz autokar, w luku bagażowym zamknięte nasze życie w dwóch plecakach 60+ l, na siedzeniu porozrzucane parę drobiazgów.
Czy zdarzyło Ci się mieć zimny pot na plecach wywołany jedną szaloną myślą? Cóż, może to kobieca intuicja albo po prostu siedzimy na tym zwariowanym kontynencie ciut za długo. Jak by nie było, w tej jednej chwili poczułam właśnie takie dreszcze i spytałam Radka co jeśli odjadą bez nas? Silnik pracuje, większość pasażerów zajęła już swoje miejsca, czy będą na nas czekać? Pobiegniesz i powiesz im, że my wciąż czkamy na powitalne stemple?
Dalej mięliśmy krótką rasistowską debatę, bo Radek uważał, że biali ludzie są w ciemności są wręcz odblaskowi, a już na pewno nie do pominięcia w busie pełnym ludzi innego pochodzenia, później…nasz autokar odjechał.

Mieliśmy już graniczne przygody i stresy, ale nigdy nie zostaliśmy na granicy PORZUCENI. Radek próbował gonić nasz autokar, ale było już za późno. „A nie mówiłam!” było ostatnią rzeczą, którą chciałam powiedzieć. Nie chciałam mieć racji, możliwe, że po raz pierwszy w życiu.

Za dużo by tego było, żeby opisać to w jednej części, więc zostawię Was w napięciu do przyszłego tygodnia. Zostawię Was tam, gdzie nas porzucono: Samych, zimną nocą, we mgle ziemi niczyjej gdzieś pomiędzy piękną Rwandą i nieznaną Ugandą, to nie Disneyland, nie ma się co ekscytować. Miejsce, gdzie zostaliśmy bez naszego domu – tych dwóch plecaków, na które lubię sobie ponarzekać- bez transportu, pieniędzy, jedzenia czy bluzy. Zawieszeni.

Do przyszłego tygodnia.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s