Zanzibar.

Before we even started this trip on the other side of the equator,
before we had a plan or money, before Mischievous Peregrination ( the name that tangled quite a few English tongues), there was a dream, simple thought „I want to go to Africa” and behind this, no explanation.

DSCN0419

No answer to “why?” just pictures – like National Geographic covers, few places like Cape Town, Botswana with its enormous wildlife and Zanzibar with its azure waters, sandy beaches, palm trees and humid climate. Not much for a year travel explanation, and nor my or Radek’s family understand it, but it was enough to keep me going against all the obstacles for few years of questioning my life’s purpose.

DSCN0357

When after 7 months of life on a foreign soil, watching how much more to it there is than safaris, sun and palm trees, we were about to reach one of THOSE places I was dreaming about, I was frightened. Will it live up to my expectations or at least to the photos from pretty travel magazines?

DSCN0313

Well, Zanzibar turns out to be truly unforgettable, but for all the different reasons then anybody could’ve thought. Right now, I need to be humble and take back everything I said in tropical issues. The thing that is making Zanzibar unforgettable are not breath-taking views but…malaria (here we go again). The disease I took probably from Malawi, and every islander is pissed off on me for bringing here, something Zanzibar -as a proper paradise- do not have!

IMG_0372

Everything about Zanzibar is perfect, people are living in a diverse community without judging one another and without pointing each other’s differences. This, my friends, after all the shit-storm we can see in the media, is the most beautiful postcard of Zanzibar. Add pretty background and we found the recipe for Paradise!

IMG_0334

Lush and green forests full of life, crushed together with bluest waters of Indian Ocean (and yes, it’s warm enough to swim for hours), sandy beaches on which high tide is bringing gift of huge mussels you just wish to bring back home (we’re not breaking this law, backpacks still too heavy). Fish markets full of sea creatures you can find only in the fanciest European groceries, fruits I don’t even have a name for and peppers spicy enough to regret having a mouthful. All of that would be memorable (at its best) compare to other African wonders we saw, but combined with the highest fever of my life I must admit that Zanzibar is something I will never forget. Paradise in which life teased me in a worst possible way.

IMG_0342

It started in Dar es Salaam and to be honest with or without a fever I wouldn’t like this city anyway. Too big, too loud and too hot, especially after cozy Malawi, I felt like Tarzan, forced to leave the jungle and brought to the city, wild and surprised with the size…of everything. We already had tickets for a ferry, so we decided to go to Zanzibar even though I felt worse and worse with every hour. When we reached the Island nothing was good anymore, the sun, the water, the Stone Town, I just wanted to crawl into bed, in Poland if possible.

IMG_0337

I was homesick like never before, I missed the rain and cheek-biting cold of autumn, I missed the smell of wet leaves in the park. Like a magic trick, I didn’t want to travel the world anymore, I wanted dumplings, tomato soup and everything that Zanzibar doesn’t have in a variety of options and all-year-long beautiful weather.

IMG_0361

We haven’t told our families (I’m sorry), afraid that they’ll offer us tickets back home (I would gladly take them during those fevered days). We would come back home and probably never look back at the horrible Zanzibar where it’s never cold and it never smells of polish autumn. Somewhere in my fever clouded mind I knew that at some point I will get better and running away is no solution, but that didn’t change a fact that I was the most miserable muzungu on this beautiful island.

DSCN0361

This time passed along with the fever and majority of my homesickness. I adore my life again, I’m glad that I’m here and I can even appreciate the “malaria lesson” I’ve learned. There was no other way to realize how neglecting fever or any other flu symptoms in tropical countries can endanger our lives, we simply cannot afford to be so reckless.
I’m glad that I’ve done it, I travelled (literally! With a 60l backpack!) with malaria, I’ve done things I thought I’m too weak to do and I cried many times when going over my darkest fears so now I can, at least, say that I know what is important for me. I’ve done it on Zanzibar, which is undeniably beautiful and for me, it’s really the most utterly extraordinary place in Africa.

IMG_0376

FUN FACT: In the Stone Town we went to a hospital, to make some blood test, get stronger medication than Malarone and in general to make sure that I won’t be dead in few days.
The hospital worked brilliantly and I wish service like this for foreigners in Poland.
What truly surprised me was a huge audience while a nurse was taking my blood for testing. Do mzungu have red blood as well?

DSCN0184

Well, the show was lame, coz at the end of a day, our blood is the same color and our eyes are telling a similar story. Boring, but this “bloody excitement” still makes me laugh. Well, everybody wants a proof.

DSCN0387

Zanim w ogóle wyruszyliśmy na drugą stronę równika, zanim zarobiliśmy pieniądze, przed powstaniem planu mającego ręce i nogi i przed zapisaniem naszej pokręconej nazwy – Mischievous Peregrination (która połamała język niejednego anglika). Zanim to wszystko się zaczęło, było sobie marzenie „Chcę pojechać do Afryki” a za nim wielka pustka.

Absolutny brak odpowiedzi na „ale właściwie, to dlaczego?”, parę obrazów – okładek National Geographic z Kapsztadu, pełnej dzikich zwierząt Botswany, czy lazurowych wód Zanzibaru. Kiepskie to umotywowanie rocznego wyjazdu do Afryki i ani moja, ani Radka rodzina nie umiała tego do końca zrozumieć, ale nam to wystarczyło. Było paruletnią motywacją i motorem napędowym w życiu, które niosło więcej pytań niż odpowiedzi.

Kiedy więc po 7 miesiącach życia na obcej ziemi, obserwowania świata, który do zaoferowania ma znacznie więcej niż safari, słońce i palmy, dotarliśmy do jednego z TYCH miejsc, które pchało mnie do przodu mimo wszystko, wystraszyłam się. Czy będzie tak niesamowicie jak to sobie wyobrażałam albo chociaż tak pięknie jak na zdjęciach z magazynów podróżniczych?

Cóż, Zanzibar okazał się być wyspą niezapomnianą, chociaż powody są tu kompletnie inne niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
Najwyższy czas przyznać się do błędu i cofnąć wszystko co zostało zapisane w poście parę tygodni wcześniej. Okazało się, że Zanzibar pozostanie niezapomniany nie przez cudny krajobraz, a przez…malarię (znowu). Chorobę, którą wywiozłam pewnie jeszcze z Malawi, o czym żaden wyspiarz nie pozwala mi zapomnieć, bo na Zanzibarze -jak na raj przystało- takich problemów nie ma!

Wszystko na Zanzibarze jest perfekcyjne, ludzie tu żyją w absolutnej harmonii, w społeczności zróżnicowanej kulturowo i religijnie, bez wzajemnego osądzania i wytykania się palcami. I to, moi drodzy, w świecie zalanym żółcią (jak się nie zgadzasz to obejrzyj wiadomości) jest najpiękniejszą widokówką z Zanzibaru. Dodać do tego lazurowe wody, palmy i piaszczyste plaże no i mamy przepis na Raj!

Bujne, zielone lasy pełne życia, zderzają się tutaj z najbłękitniejszymi wodami Oceanu Indyjskiego (jest też cieplejszy, niż Bałtyk kiedykolwiek ma szansę być), plaże, na które przypływ przynosi ogromne kolorowe muszle, które aż chciałoby się zabrać do domu (nie, tego przepisu nie łamiemy, wciąż brakuje nam miejsca w plecakach). Stragany pełne morskich stworzeń u nas dostępnych tylko w wytwornych restauracjach, owoce, których nazw nie znam w żadnym języku i papryczki, tak ostre, że żałowałam łakomego kęsa. Wszystko to byłoby co najwyżej fajne, w porównaniu z innymi afrykańskimi cudami, ale w kumulacji z najwyższą gorączką mojego życia, muszę przyznać, Zanzibar to miejsce, którego nigdy nie zapomnę. Raj, w którym życie dało mi prztyczka w nos, w bardzo przykry sposób.

Zaczęło się w Dar es Salaam, mieście, którego z gorączką lub bez, lubić się nie da. Za głośne, za duże i za gorące, szczególnie po cichym i ubogim życiu w Malawi. Czułam się jak Tarzan, żywcem z dżungli wyciągnięty i wrzucony do metropolii, dzika i zaskoczona rozmiarem…wszystkiego. Kupiliśmy już bilety na Zanzibar, więc, mimo że gorączka z godziny na godzinę coraz bardziej uprzykrzała mi życie, popłynęliśmy. Kiedy prom dobił do portu, nic już nie było dobrze, nic nie cieszyło, ani Kamienne Miasto, ani słońce, ani błękitna woda. Tęskniłam za domem, bardziej niż kiedykolwiek. Za deszczem, gryzącym poliki chłodem jesieni, zapachem mokrych liści w parku. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, już nie chciałam podróżować, chciałam pierogów, pomidorowej i wszystkiego czego Zanzibar w swojej szerokiej turystycznej ofercie i bezchmurnym niebie zapewnić mi nie mógł.

Nie powiedzieliśmy nic naszym krewnym (przepraszam), w obawie, że ktoś zaproponuje nam bilety do domu (oj chętnie bym je wzięła, w tych gorączkowych dniach). Wrócilibyśmy do Łodzi i pewnie nigdy więcej nie spojrzeli na ten okropny Zanzibar, gdzie nigdy nie jest zimno i powietrze nigdy nie pachnie polską jesienią.
Gdzieś tam w zamglonej gorączką głowie wiedziałam, że choroba minie a powrót byłby błędem, ale nic nie zmieni tego, że byłam najbardziej nieszczęśliwym mzungu na tej pięknej wyspie.

Ten czas na szczęście minął, razem z gorączką i sporą częścią mojej „choroby domowej”. Znowu kocham wszystko co mam, cieszę się, że jestem tu gdzie jestem i nawet mogę powiedzieć, że doceniam lekcję, którą dostałam. Nie było innej drogi żebyśmy się nauczyli jak lekceważenie grypopodobnych objawów w tropikach może postawić nasze życie na szali; że po prostu nie stać nas na taką lekkomyślność.
Jestem z siebie dumna, że mi się udało, że podróżowałam (dosłownie! Z 60l plecakiem!) z malarią i zrobiłam rzeczy, o których do dzisiaj myślałam, że jestem zbyt słaba, żeby nawet spróbować. Płakałam i bałam się zasnąć, ale w tym samym momencie nauczyłam się co jest dla mnie naprawdę ważne. To wszystko zrobiłam na Zanzibarze, dla mnie, najbardziej niezwykłym miejscu w Afryce.

ZABAWNA CIEKAWOSTKA: W Kamiennym Mieście zwiedziliśmy między innymi szpital. Zrobić morfologię, dostać receptę na coś mocniejszego niż Malarone i generalnie rzecz biorąc upewnić się, że w ciągu paru dni nie wywinę się na drugą stronę.
Szpital załatwił wszystko błyskawicznie i mam nadzieję, że obcokrajowcy w Polsce też mogą liczyć na taki standard.
To co mnie jednak zaskoczyło to widownia jaka zebrała się na moje pobieranie krwi. Czy biali też mają czerwoną krew?
Widowisko okazało się być mierne, pod koniec dnia kolor krwi mamy taki sam a w życiu każdy walczy o to samo. Nudy, ale ta „krwawa ciekawość” wciąż mnie bawi. Cóż, wszyscy szukamy dowodów!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s