The sweetest banana.

I was sitting at the back of a bus driving to Mbeya, detached from others by my backpack, separated from Radek by few sits, satellite dish and other junk going somewhere to be sold or to be used.
Looking through a darkened window on Tanzania for the first time, too late to see anything except mountains edge. Suddenly when I gazed inside I saw that someone just passed a few bananas to Radek with simple words “Karibu Tanzania” meaning “Welcome in Tanzania”.

We woke up early that day, in another country, surrounded by different people. We woke up in the mountains, our “orange hut” with the view on the shores of Malawi Lake, on the edge of the mountain. This time of year, beginning of summer, end of a dry season, everything looks like autumn we know at home, just warmer.

IMG_0159

Sometimes it confuses me, how can it be summer if the world turns red and yellow if the trees sound dry playing with the wind and you cannot walk silently because the leaves are cracking under your feet? How summer can be autumn and how autumn can be so hot? Why the names they taught me ages ago at school are messing with my brain so much now?
Nevertheless, this summery autumn in the mountains is beautiful and makes me feel closer to home, but we need to move forward. Our visa is about to expire today so it’s the last time to spit toothpaste over the edge of a cliff, to drink tea on a veranda with the best possible view. Mushroom Farm is a great place to catch new perspective and people there know how to say goodbye – with lots of hugs.

IMG_0228

So we hugged and of we went. 10 km trail down, we made this as difficult as possible with a little help from our backpacks, beautiful weather with full sun and high temperatures, blisters from yesterday hike, sandals to prevent getting more blisters and assure absolute lack of my ankle stability, and just 2 bottles of water (dehydration guaranteed).

DSCN0146
We’re slow learners, we’re making a lot of mistakes every time we’re required to think about our safety.
Kidding, it wasn’t that bad, the path was good and we felt great, we were just extremely tired and literally drained when we finished. This would be a good day even if it would end here and it wasn’t even lunchtime!

IMG_0226

Now we were retracing our steps from 3 months before, same places, only we changed a bit. Malawi is the only country so far with start and finish line being the same place, where we stayed in the same cities more than once. Travelers don’t need much to feel that they belong. Few people cheering you “long time no see brother” and heart is growing, same streets, same (empty) shops and everything is prettier. Minds are tricking our homesick souls again.

IMG_0181

We were not far from the border when this horrible though occur to me, what if we mixed the dates? What if our visas already expired? When have we checked our passports last time? There was no room for me to move, not mentioning taking my passport out, so my anxiety and thought that provoke it stayed buried for a while and we peacefully arrived at the border post. But I was right, something was off, somewhere in our tangled minds instead of 27-09 we chose expiry date for 29-09…2 days too late. It wasn’t funny and it was too late to even do anything logical – it was Friday, 29th of September and we overstayed our Malawian visas for 2 freaking days. With something like this, we were going to cross the border.

IMG_0253

Goddamnit! It was such a good day and we’ll end it up with some bullshit stories of a hospital and horrible malaria which we don’t even have a way to prove, no money except those for Tanzania visa and no time to think any better.
We sat there, in front of a border post, looking at each other like the other one might come up with some great escape plan like there would be ANY escape out of something like this…

IMG_0168

We went inside with some vague idea of a plan if lying to a country official on the border is any plan at all…

We filled the form, we gave the passports and we waited for a miracle. No such luck.
You see, it might’ve worked if they didn’t have those magic date stamps in every goddamn bureau in the world. Well, now I see a point in it.

DSCN0089

So, the guy on the other side of the counter is looking us up. ‘Are they stupid, maybe retarded? Maybe they think I’m stupid, that the whole Malawi is stupid?!’ And then, without a word he left, he left with something of ours – with our passports. We were screwed.

It wasn’t hot but I was sweating, my palms were sticky and I just wanted a glass of water. No water and no power in the small room with a tiny table where they brought us. They listened to our fake story, but the story didn’t matter for them, it was all about the right date, the law, the responsibility, obedience, and tourists that think that they can do whatever they want, but they can’t because it’s Malawi and Malawi is a very respectful and law obedient country. End of story.

IMG_0116

Options? Plenty!
Weekend we can spend in a police custody and first thing Monday morning (because, not like us, they respect our time!) we will be taken to court where a judge will read and listen to our statements and in three days will decide on our future.

What future? It might be 3 months of penalty, social works, maybe a fee and on top of it all, never return to Malawi passport stamp (no dates on this one for sure).

DSCN0125

Great. At this point, forcing tears wasn’t even hard and fortunately, this old as world weapon broke our law obedient officer and he showed us with “unless you’ll pay 50 USD for me to fix it” option. It should end up here, 3 months penalty or 50 bucks is not a difficult choice, unless you don’t have dollars…

I cried some more, we repeated our theatrical play few times and we managed to bargain the price to 20 USD in Tanzanian Shillings. That we can do.

DSCN0149

They’ve stamped our passports and let us go, we sprinted through no-man’s land just in case they might have change of heart, we’ve got our stamps on Tanzania border and we finished this part of the border-crossing ritual as quickly as possible.

We’re really lucky and I mean it.
I can promise myself that next time it will be perfect and it never is! Sometimes it’s us, other times not, but man, borders are tough!

DSCN0155

Sitting on this bus, looking through that window on Tanzania wonders I was happy just enough. Then I tried the banana -gift from a fellow passenger- and, no jokes, they were the sweetest bananas in my entire life! You cannot possibly feel more overwhelmed with happiness than I was on a back seat driving to Mbeya, eating the sweetest banana in the whole world.

After all, it wasn’t such a bad day.
Karibu Tanzania!

IMG_0153

Jechaliśmy do miasteczka Mbeya, ja na tyłach busa, odseparowana od wszystkich moim wielkim plecakiem, przyklejona do przyciemnianej szyby, za którą była Tanzania, kraj którego jeszcze nie odkryliśmy, zagadka. Radek parę miejsc przede mną, schowany gdzieś za talerzem satelitarnym i masą innych rzeczy, bardziej lub mniej potrzebnych.
Za oknem noc, gdzieś w oddali odcinają się góry, w środku ktoś przekazuje Radkowi parę bananów, z uśmiechem na ustach i prostotą słów „Karibu Tanzania” czyli „Witajcie w Tanzanii”.

Tego dnia wstaliśmy w zupełnie innym kraju, otoczeni innymi ludźmi. Z naszej „pomarańczowej chaty” mieliśmy widok na Jezioro Malawi, za nasz ganek robił kraniec górskiego urwiska.
Początek lata, koniec pory suchej a wszystko wygląda jak polski jesienny las, tylko cieplej.
Bardzo to wszystko pogmatwane, no bo jak to możliwe, żeby zaczynało się lato, skoro świat się rdzawi i czerwieni, liście trzeszczą krusząc się pod stopami a każde drzewo szeleści na znak, że zaraz zrobi się chłodno i wilgotno? Jeśli to jesień to czemu słońce nie daje nam chwili oddechu? Dlaczego wszystkie te nazwy, ramki i szufladki, wyuczone wieki temu w szkolnej ławce teraz mieszają mi w głowie?
Chyba, po prostu, trzeba je odłożyć na bok, ta letnia jesień jest przepiękna, przez chwilę nie jesteśmy na końcu świata, jest jak w domu. A my znowu musimy ruszyć w drogę. Ostatni raz umyć zęby plując poza krawędź urwiska, napić się herbaty na werandzie z najlepszym możliwym widokiem i pojechać do Tanzanii, bo zaraz skończy nam się wiza. Mushroom Farm to świetne miejsce na chwilę oddechu i złapanie perspektywy, to świetni ludzie, którzy wiedzą, jak przytulić na pożegnanie.

Więc się przytulaliśmy, a potem to już z górki. Dosłownie, 10 km szlakiem z górki i zrobiliśmy wszystko, żeby nie było nam zbyt łatwo. Zaczynając od plecaków, przez pęcherze na piętach z dni poprzednich, po sandały, które dla pięt były ukojeniem a dla kostek na górskim szlaku absolutnym przekleństwem. W tym dniu pełnym słońca dwie butelki wody nie uchroniły nas przed odwodnieniem, ale nie było tak źle. Ten dzień byłby fantastyczny nawet gdyby miał się skończyć na górskich podbojach, ale na dole byliśmy już o 12! To dopiero początek.

Odtwarzanie własnych kroków sprzed 3 miesięcy było fajnym doświadczeniem. Malawi to dla nas jedyny kraj, w którym start i meta są jednym miejscem, gdzie mogliśmy zostać w tych samych miastach i spotkać tych samych ludzi więcej niż raz. A podróżując nie trzeba Ci wiele, żeby poczuć się swojsko, wystarczy usłyszeć ”kopę lat” od kilku osób i serce rośnie, odwiedzić parę razy te same uliczki i zapyziałe (puste) sklepiki a świat pięknieje. Kolejne sztuczki stęsknionych za domem umysłów.

I byliśmy już całkiem blisko granicy, kiedy ciśnienie mi podskoczyło a w myślach pojawiło się pytanie „a co jeśli pomyliliśmy daty?”. No właśnie, co jeśli nasze wizy wcale nie są ważne do 29-09 i wcale nie jedziemy do granicy na ostatni dzwonek a już spóźnieni? Bus był tak wypchany ludźmi, że nie miałam jak się ruszyć, nie wspomnę nawet o wyciąganiu paszportu, więc ta straszna myśl i związana z nią panika została zepchnięta gdzieś głęboko, aż do granicy. A jednak miałam rację! Kiedy usiedliśmy przed urzędem granicznym, żeby ze zdumieniem odkryć, że nasze wizy straciły ważność 27-09, czyli 2 dni wcześniej, było już za późno na jakiekolwiek racjonalne działania – był piątek, 29 września a my od dwóch dni przebywaliśmy nielegalnie w Malawi. Z czymś takim przyszło nam przekraczać granicę.

Jasna cholera! To był taki fajny dzień a my go skończymy opowiadając jakieś gówno historyjki o szpitalu i strasznej malarii, na którą nie mamy nawet żadnych dowodów, żadnych pieniędzy (poza tymi na wizy) ani nawet czasu, żeby wykombinować coś lepszego.
Siedzieliśmy więc na granicy kraju, w którym w ogóle nas już być nie powinno patrząc na siebie jakby nagle któreś z nas miało wyskoczyć z jakimś genialnym planem, jakby JAKIKOLWIEK rozwiązanie na taką okoliczność istniało…

Do środka weszliśmy ze szczątkami planu, który opierał się na bezczelnym kłamaniu urzędnikowi, ale lepszy rydz niż nic…

Wypełniliśmy formularze, oddaliśmy paszporty i czekaliśmy na cud. Nie tym razem.
To mogłoby się udać, gdyby nie te stemple z datami, które można znaleźć w każdym biurze na świecie. Teraz już rozumiem po co one są.

Urzędnik w okienku lustruje nas wzrokiem i pewnie sobie myśli ‘Czy oni są głupi? Może psychiczni? Może myślą, że ja jestem głupi? Kpią z całego Malawi?!’ po czym bez słowa odchodzi, ale nie sam, z naszymi paszportami. Jesteśmy ugotowani.

Nie było gorąco, ale ja się pociłam, moje ręce zaczęły się kleić i strasznie chciało mi się pić. W małym pokoiku gdzieś na zapleczu urzędu imigracyjnego nie było ani wody, ani prądu. Był za to urzędnik przy małym stoliczku, gotowy wysłuchać naszej bajki. Szybko okazało się, że bajka nie ma tu żadnego znaczenia, liczy się prawo, obowiązkowość, posłuszeństwo i turyści, którzy myślą, że mogą sobie robić co chcą, ale są w błędzie, bo Malawi to bardzo respektujący i posłuszny prawu kraj! Koniec kropka.

Nasze opcje? Bardzo szerokie i obiecujące!
Weekend spędzimy w policyjnym areszcie a w poniedziałek z samego rana (bo w przeciwieństwie do nas, Malawi szanuje nasz czas!) zostaniemy zabrani przed sąd, który wysłucha naszych wyjaśnień i przeczyta zebrane wcześniej oświadczenia. Następnie w ciągu trzech dni zadecyduje o naszej przyszłości.

Jakiej przyszłości? Świetlanej!
3 miesiące więzienia, może prac społecznych, pewnie jakiś mandat no i oczywiście stempel w paszporcie – zakaz ponownego wjazdu do Malawi (na tym pewnie nie byłoby daty).

Fenomenalnie. W takich okolicznościach nie ciężko jest wymusić łzy, więc ich użyłam. Ta stara jak świat kobieca broń złamała naszego respektującego prawo oficera, który przedstawił nam alternatywę „chyba, że zapłacicie mi teraz 50 USD co bym mógł wam pomóc”. I ta historia powinna skończyć się tutaj, bo wybór między 3 miesiącami afrykańskiego więzienia i utratą 50 USD do trudnych nie należy, chyba że nie ma się 50 dolców…

Więcej łez, ponowne odegranie wcześniejszego przedstawienia i cena naszej wolności spadła do 20 dolarów płatnych w szylingach tanzańskich. Świetnie! Takie pieniądze mieliśmy i wręcz ochoczo wręczyliśmy urzędnikowi łapówkę.

Z podstemplowanymi paszportami sprintem przebiegliśmy ziemię niczyją do urzędu granicznego Tanzanii i bardzo szybko załatwiliśmy całą papierkologię, tak na wszelki, gdyby urzędnicy z Malawi się rozmyślili.

Mamy szczęście, naprawdę tak myślę.
Ilekroć obiecujemy sobie, że tym razem wszystko będzie dopięte na ostatni guzik coś się musi spaprać. Czasami przez nas, innym razem nawali system albo jeszcze coś innego. Granice są trudne, oj bardzo trudne.

Więc gapiąc się w okno tego busa do Mbeya byłam już wystarczająco szczęśliwa. Jakież było moje zdziwienie, kiedy spróbowałam podarowanego nam chwilę wcześniej banana i (bez żartów) to był najsłodszy banan w całym moim życiu! Nie masz najmniejszych szans być szczęśliwszy niż ja w tym busie, zajadając się bananami. Najsłodszymi bananami na świecie.

Koniec końców to wcale nie był zły dzień.
Karibu Tanzania!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s