Meaning of Life.

Last post started a widespread discussion on a meaning of “danger” and the risk that we’re taking. Maybe rightly?

Maybe this discussion started long before last week and this post just restarted something buried by few months of border crossing, animal encountering, and life-changing adventure?

There are many questions people -especially our families- are asking. Is the pleasure of visiting countries perceived by polish society as “dangerous” worth the pain of being sick and the risk of getting -let’s say- injured? Is the fulfillment of working with local people worth more than a risk of malaria, bilharzia, hepatitis, HIV and possibly many more strange infections? I don’t think there is an easy answer for those questions when I was planning this trip the core of it was that it’s mine. My decision, my danger, my responsibility. It’s not true, it’s just easier to say, “I’m an adult I will do as I like”.
Traveling together taught us that you cannot deny people who love you the torment of worrying. Our lives, our decisions, our responsibility. That’s true, as true as your sleepless nights, your tears of fear and your disappointment in my stupidity.

So, my question today is, what is a value of life? What gives life a meaning?

Sex?
University degree?
“Good job”?
Home?
Marriage?
Kids?
Next tick on a bucket list?
Alcohol?
Drugs?
I’ve just started! Maybe it’s a matter of age, an experience, the new car or a new wife?

Choose yours, I will choose mine and we can envy each other while stalking through our Facebook or Instagram but never talking face to face. “No matter who you are I wish you well” one of my friends got on her fb photo. I like it, it’s unusual in our society, as unusual as respecting our one definition for the life’s value.

But let’s try and look for some universal explanation, it won’t be as good as Monty Python’s one, but I would like a challenge.

At a funeral of old mature people, or people old enough to assume that it was “about time” you can hear “but she/he was XX years old, she/he had a good life” and we know based on never captured “happily ever after” that “long” doesn’t equal “good”. Never mind. Let’s just say that the older you get the higher chances of experiencing “beauty of life” you have. So why old mature people are so bitter? Never mind, for the purpose of this -already difficult- article, let’s presume something like this is true.
So, you can find a meaning of your life with time.

Probably with a help of other people like a group of friends, spouse or better a therapist, following the rule that a problem shared is a problem halved, meaning of life is found quicker so the value of it will be somehow higher.

Then we’ve got all the possessions. “Better to be unhappy in a Porsche than in the Fiat 126 P” and probably after turning 30, your own couch is comfier than mum’s couch, but guys, I’m not judging! So, car, home, and other very-necessary-stuff are making your life more valuable for sure!
Of course, you need “good job” to pay for it, but I won’t talk about the definition of this one. If you like working your ass off in a big corporation that’s cool, at least you’ve got this new TV you can glue to a wall. If you work in a coffee shop next door and you like watching people coming back, with shaking hands, for third late macchiato with this perfect froth milk your doing – that’s great as well. “Good job” is what makes you want to wake up five mornings in a week. If you have this, I’m with you, even on the mom’s couch.

We could end here, probably it would be a good idea to do so, but I will write my stories as I please (my decisions, remember?).

I know plenty of people having fulfilling existence because they’re having a great car or a fancy watch. I know those madly in love for X years, I saw my sister’/cousin’s husband holding his infant daughter like the world around disappeared and I want to believe that they’re all simply…happy. For me, that’s the key to a life’s value.

So here we are, packing to Tanzania, losing blood on behalf of mosquitoes instead of blood donations, after we fought with all those awful “tropical issues”, and we’re simply happy.
Would you like us to give it up? Is the happiness not worth all the struggle?

IMG_0099

 

Ostatni post rozpoczął dalekosiężną debatę definiującą „niebezpieczeństwo” i tą o niebezpieczeństwie, które na siebie bierzemy. Może i słusznie?

Korzenie tej dyskusji sięgają prawdopodobnie wielu miesięcy wstecz a ostatni artykuł tylko podlał, zakopane wieloma miesiącami podróży wątpliwości.

Ludzie zadają nam sporo trudnych pytań (szczególnie nasi krewni). Czy wszystkie choroby i potencjalne zagrożenia nie powinny odstraszyć nas od zwiedzania krajów postrzeganych w naszym społeczeństwie jako „niebezpieczne”? Czy praca z lokalsami jest tak niesamowita, że może przyćmić skutki malarii, bilharcjozy, żółtaczki, HIV i prawdopodobnie wielu innymi choróbsk (któych nie planujemy łapać!) ? Na takie pytania chyba nie ma łatwych odpowiedzi, dlatego od początku, filarem tego wyjazdu był fakt, że jest mój. Moje decyzje, moje zagrożenia, moja odpowiedzialność. No jasne, że to tak nie działa, po prostu łatwo jest się wyłgać odpowiedzią „Jestem dorosła i zrobię tak jak mi się podoba”. Siła argumentu, argument siły.
Podróżowanie razem nauczyło nas, że nie można najbliższym odebrać prawa do zadręczania i umartwiania. Nasze życie, nasze decyzje, nasza odpowiedzialność. Prawdziwe, tak samo jak prawdziwe są Twoje bezsenne noce, Twoje łzy bezsilności i Twój zawód naszą głupotą.

Więc co właściwie nadaje życiu wartości? Co sprawia, że to wszystko ma sens?

Seks?
Wyższe wykształcenie?
„Dobra praca”?
Dom?
Dziecko?
Realizacja marzeń?
Alkohol?
Narkotyki?
Dopiero zaczęłam się rozkręcać! Może to kwestia wieku, doświadczenia, nowego samochodu albo nowej żony?

Wybierz swoje, ja zrobię to samo a później będziemy sobie zazdrościli, śledząc na Facebooku czy Instagramie, ale nigdy ze sobą nie rozmawiając. „Nie ważne kim jesteś życzę Ci dobrze” zapisała na fb moja bliska znajoma. Lubię ten tekst, nietypowy jak na nasze społeczeństwo, tak samo jak niespotykany jest szacunek dla różnych życiowych wartości.

Więc czy można określić jakąś ogólnie obowiązującą zasadę, którą mówi jaki jest sens życia i jego wartość? Monty Python zrobił już coś w tym stylu, ja nie będę tak zabawna, ale spróbować nikt mi przecież nie zabroni (w końcu jestem dorosła!).

Na pogrzebach starych dojrzałych ludzi, ludzi, na których nagrobkach wykute są dwie niezwykle oddalone od siebie daty można czasem usłyszeć „cóż, miał/a już XX lat, miał/a dobre życie”, skoro tak to czemu nie ma romansideł o tym co się dzieje po osławionym „długo i szczęśliwie”? Czemu starzy dojrzali ludzie są tacy zgorzkniali? Nie szukajmy dziury w całym. Załóżmy na poczet tego -już i tak niełatwego- artykułu, że każde zdmuchnięcie świeczek zbliża nas do odkrycia prawdy ostatecznej – jaki to ma wszystko sens i ile jest warte.

Prawdopodobnie wsparcie osób trzecich, przyjaciół, współmałżonka albo lepiej terapeuty też może być przydatne, w imię zasady „co dwie głowy to nie jedna”. Arytmetycznie problem rozpatrując, sens życia może być wtedy odkryty co najmniej 2 razy szybciej a i poszukiwanie w towarzystwie ciekawsze!

No i wreszcie wszystko co w naszym posiadaniu. „Lepiej mieć smutne życie w Porsche niż w Maluchu” a w pewnym wieku własna kanapa jest wygodniejsza niż ta u mamusi. Żeby nie było, ja nikogo nie oceniam! Czyli samochód, mieszkanie i te wszystkie inne bardzo-niezwykle-niezbędne-przedmioty sprawiają, że wartość życia rośnie wraz z ich – rzeczy- wartością. Inna sprawa, że żeby mieć to trzeba też być, najlepiej w pracy, najlepiej 24 godziny na dobę, najlepiej w jakimś zagramanicznym korpo. Nie będziemy tu wchodzić w definiowanie „dobrej pracy”. Jesteś szczęśliwym korpo-szczurem i stać Cię na przyklejany do ściany telewizor to super, pracujesz w osiedlowej kawiarni i uwielbiasz, jak ludzie uwielbiają Twoje latte macchiato to też bomba, chociaż Ty prawdopodobnie śpisz na kanapie u mamy.

Prawdopodobnie tutaj należałoby zakończyć, ale będę pisała moje historyjki jak mi się podoba (w końcu moje decyzje).

Znam sporo osób zadowolonych z życia, bo mają auto albo drogi zegarek. Znam też tych szaleńczo zakochanych przez długie lata i widziałam jak „szwagier” trzymał na rękach swoją kilkumiesięczną córeczkę nie widząc poza nią świata i naprawdę chcę wierzyć, że oni wszyscy są najzwyczajniej w świecie szczęśliwi. Dla mnie to jest sens życia i miara jego wartości.

I w tym wszystkim my, pakujemy się do Tanzanii, oddaliśmy już co najmniej dwie rundy wampiriady na rzecz komarów, wygrani, po nierównej walce z afrykańskimi dziadostwami, i jesteśmy po prostu szczęśliwi.
Chciałbyś żebyśmy z tego zrezygnowali? Czy szczęście nie jest warte tego wysiłku?

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s