Smell of change.

Southern Africa, in all its differences, is like Europe in one thing – different languages, including names for pap/ nshima/ sadza (oh, you know, this stuff made of maize you’re eating with your hands and using as a spoon for gravy), changing climate zones and people are glued together with the same history.

IMG_5064

Like in Europe, the religion and history shape those countries and made them similar…in a way. Going north we can observe changes not only in the night sky, we can see that -again- we’re leaving behind everything we get used to.

Lilongwe, Malawi is a first place I felt those changes with all my senses. I smell the incense, I saw women in hijab and I heard beautiful sounds of prayers from a mosque. All of it tasted spicy, new, promising.

IMG_4719

Do you remember when you were a kid and eating something for the first time -dog food, sand or even broccoli! – wasn’t scary but adventurous? Every experience was exciting because it had funny texture, taste, smell or color. For me being a kid was always synonymous with exploring, even though back then I had no idea what “synonymous” means. Therefore, I’m shrugging every time someone is calling our trip to Africa “serious adult decision” – this is the most childish thing I’ve done since I stole a bowl of food from Mika (my grandparents’ dog)!
Not because it’s irresponsible and I have some stomach problem afterward (although sometimes it’s very true), but because for the first time since then all my senses needs to be so sharp.

To not miss a bit, not because it’s scary but because every change is a promise of an adventure.

IMG_9861

Lilongwe is my latest promise. We went there with a bus, which -judging by the overall condition of a bus and some muddy stains on the upholstery of a car roof – recently had some serious rollover, comfortable ride for five to nine hours (depending on the driver’s pee breaks). By the way, it’s like 250 km ride. A magic of Africa!
Like the whole country, its capital is small and cozy. Maybe because of it, the cultural blend is so visible here. Where taxi – minibusses are driving along taxi -tuc tucs, samosa and curry can be bought from the same person and many hijabs are made of colorful African-style fabrics. Life of people stays the same, halal meat doesn’t change the taste of servings or shape of the street markets. Women are still carrying kids at their back, the air of some streets is still thick from daha (weed), apples are still horribly expensive and milk is still powder.

But for me, Lilongwe is a proof that this blend of religion and cultures does not mean Holy War, but the invitation. You just need to open your eyes and for the first time since you were a kid – discover.

*** On top of it all, in Lilongwe we fixed my keyboard. Finally, I can use it without getting very, very frustrated. Quite the contrary, now I’m almost euphoric when space appears on the screen and I don’t need to copy-paste every ‘m’ and ‘v’ from the sentence!

IMG_7734

Południowa część Afryki, przy całej swojej odmienności, momentami przypomina mi Europę. Różne języki, wliczając w to milion różnych nazw na pap/nshimę/sadzę (czyli tę papkę ze zmielonej kukurydzy, którą je się palcami i używa jako łyżki do sosu), klimat i ludzi skleja historia.

Jak w Europie, religia i historia sprawiają, że różne kraje są do siebie…po prostu podobne. Wywiało nas już daleko na północ i choć nasze nocne niebo jest już zupełnie inne niż to w RPA, to dopiero zaczynamy zbliżać się do tych zmian fundamentalnych – religijnych i kulturowych.

W Lilongwe, Malawi po raz pierwszy dotknęliśmy tego fundamentu każdym zmysłem. Zapach kadzidełek, widok kobiet w hidżabach, piękne dźwięki modlitw z meczetu. Wszystko to jest pikantne, nowe, ekscytujące.

Pamiętasz, jak się było małym i jedzenie czegoś po raz pierwszy – piasku, psiej karmy, czy nawet brukselki! – było bardziej ciekawe niż przerażające? Struktura, zapach, smak czy kolor były wystarczającą motywacją do zjedzenia paczki plasteliny i mimo, że obkleiła się na zębach to wszystko było częścią czegoś ważnego – odkrywania. A to z kolei jest dla mnie najlepszym synonimem dzieciństwa. Chociaż w wieku 5 lat nie znałam słowa „synonim” to cała magia doświadczania od zawsze kręciła się wokół tego co nowe i -najlepiej- zakazane. Pewnie dlatego jak ktoś nazywa nasz wyjazd do Afryki „dojrzałą życiową decyzją” to przechodzi mnie dreszcz, ten wyjazd jest najbardziej dziecinną decyzją jaką podjęłam od czasu kradzieży miski z żarciem Miki (psa dziadków)! Nie dlatego, że jest to nieodpowiedzialne i miewam potem problemy z żołądkiem (chociaż i to jest momentami bardzo prawdziwe) a raczej przez to, że pierwszy raz od tamtego czasu moje zmysły są tak wyostrzone.

Żeby niczego nie przegapić. Bez strachu, za to z ogromnym apetytem na życie, które oferuje wszystko co nowe.

Lilongwe było dla nas obietnicą tego co nowe. Pojechaliśmy busem, który -sądząc po jego ogólnym stanie i grubej warstwie błota na suficie- przeżył niedawno jakieś dachowanie, ten niezwykle wygodny przejazd 250 km zajmuje jakieś 5-9 godzin, w zależności od długości przerw na siku kierowcy. Magia Afryki można by powiedzieć.
Jak całe Malawi, stolica jest malutka i przytulna. Może właśnie dlatego ten kulturalny mix jest tak wyraźny. Tutaj taxi – minibusy dzielą pas z indyjską wersją taksówki -tuc tuckiem, samosa i curry smażą Ci sami kucharze a hidżaby szyte są z tych samych materiałów co wzorzyste afrykańskie chusty. Życie ludzi zostaje takie samo, mięso halal nie zmienia smaku potraw ani wyglądu straganików. Kobiety wciąż noszą na plecach małe dzieci, powietrze niektórych ulic wciąż gryzie oparami THC, jabłka nadal są niepolsko drogie a mleko wciąż jest w proszku.

Dla mnie jednak Lilongwe jest dowodem na to, że ten religijny misz masz nie jest powodem do Świętej Wojny, raczej zaproszeniem do odkrywania. Wystarczy otworzyć oczy i pierwszy raz w dorosłym życiu być dziecinnym – odkryć.

*** Nie mogę nie wspomnieć o tym, że w Lilongwe udało nam się wreszcie naprawić klawiaturę. Teraz mogę korzystać z laptopa i nie dostawać przy okazji ciężkiej wścieklizny. Wręcz na odwrót, miewam napady euforii widząc na ekranie spację i nie musząc kopiować każdego ‘m’ czy ‘v’ w zdaniu!

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s