Cape Maclear.

I have no idea what to write about.

We’re sitting in Cape Maclear almost a month. Nothing new is happening, we’re outside of the real world, with no outsiders except tourist, and, oh wait….
we’ve met amazing people and we’re staying in a paradise. Have I written about that?

IMG_9761

I have no idea how it’s even possible that after travels which felt like months, even though they took weeks, time starts slipping out in between our fingers and we’re in Cape Maclear for so long already!

Let’s start with the basics: Cape Maclear is this beautiful village surrounded from one side by the mountains of a national park and with a beautiful Malawi Lake on the other. The World inside of a world, I like to call it, where main “road” is a path with baobabs on the sides and wooden street shops are filled with handcrafted souvenirs. It’s still an Africa, still more than Cape Town, but the village is small and everybody know each other. You cannot be bored either and from a tourist perspective, it’s a perfect spot for your next holidays.

 

View on the Thumbi Island is taking my breath away every time sun is getting closer, and closer to the horizon …and then it’s gone. Waters of the lake are home to many endogenous species of colorful fish (and Schistosoma bacteria – I love that one) and by following the coastline you can quickly realize that the lake is a heart of the whole village. Here breath-taking views are blend together with daily activities of average people.

Being here we can rest both physically and mentally, get away for a moment from all our struggles and for a moment just be.

DSCN9804

This month here we spent snorkeling, kayaking, reading, tanning, wandering around the village, but most of all we’re beginning to feel that we belong – and I almost forgot how precious it is to be a part of something, anything. To have people ask you “how are you” not only because they’re greeting you but because they know you and -I dare to say that-they care.

Yes, nothing is happening. For a long time, no one attacked us, we don’t have a place we need to go tomorrow. Our backpacks are resting in a closet, we switched a tent for a bed (even with mosquito net!) and we’ve got our friends here. People who’ve patiently (they’re laughing at us though) guided us in a world of foreign culture, language and behaviors. People asking “muli bwanji” for more than just a greeting.

I can pay the price of my creativity. I don’t mind.

IMG_9857

Nie mam weny.

Siedzimy już prawie miesiąc na przylądku Maclear i nic się tutaj nie dzieje. Odcięci od świata, jeśli już spotykamy nowych ludzi to są to turyści, jeśli już…
zaraz, stop, przecież poznaliśmy tutaj niesamowitych ludzi. Ba, jesteśmy w raju! Pisałam Wam o tym?

Jak to się w ogóle stało, że po podróżach, które dla nas trwały miesiące choć zajęły tylko tygodnie, czas nagle zaczął pędzić jak szalony i jesteśmy już tutaj taki szmat czasu? Co się stało?

Zacznijmy od początku: Przylądek Maclear, dla nas po prostu „Cape”. Wioska położona bajkowo za górami i za lasami, odcięta od pędzącego świata Parkiem Narodowym i wodami Jeziora Malawi. Świat w świecie, lubię o tym miejscu myśleć, jak makieta na piasku z drewnianymi straganikami, gdzie główną drogę wyznaczają baobaby. To wciąż Afryka, na pewno bardziej niż Kapsztad, ale w tej malutkiej mieścinie nikt nie jest sobie obcy a piękny krajobraz zlewa się w jedno ze zwykłym, codziennym życiem. Jeśli kręci Cię Afryka, Cape Maclear to dobry start.

Tutaj widziałam najpiękniejsze zachody słońca (nie zdradzając przy tym tych mazurskich), tło dla urokliwej wyspy Thumbi. Jezioro jest sercem wioski, jezioro jest domem dla ryb (i dla bakterii z rodzaju Schistosoma, której jestem ogromnym fanem), których nie sposób spotkać gdziekolwiek indziej.
Tutaj znaleźliśmy czas, żeby złapać oddech. Pierwszy raz od paru afrykańskich miesięcy mamy czas po prostu być.

Ostatni miesiąc pływamy czym się da i jak się da, nurkujemy, opalamy się na mahoń, pochłaniamy szalone ilości książek i włóczymy się po wiosce – no lenimy się okrutnie! Jednak to co jest chyba najcenniejsze to, to że jesteśmy częścią tego miejsca. Zapomniałam już jak fajnie jest być w domu – należeć. Otoczyć się ludźmi, którzy pytają „co u ciebie” kierowani czymś więcej niż grzecznością – ciekawością. Tutaj mamy takich ludzi, ludzi, którzy (mam nadzieję) naprawdę się o nas troszczą.

Nic się nie dzieje. Już długo nikt nas nie napadł z nożem, nie ma miejsc, do których będziemy gonić jutro rano, nie ma noszenia ciężkich plecaków a namiot zamieniliśmy na wygodne łóżko (mamy nawet moskitierę!). No i mamy naszych przyjaciół, takich którzy cierpliwie (śmiejąc się przy tym nieznośnie) prowadzą nas w obcym świecie języków, zwyczajów i kultury. W ich ustach „muli bwanji” to dużo więcej niż pozdrowienie.

Ceną jest moja kreatywność. I w sumie, to nic mnie to nie obchodzi.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s