Borders.

African borders. We already crossed few of them, and trust me – none of them was easy.

When we were crossing the one with Botswana, we had problems with Radek’s visa, he kind of overstayed his South African one for two months. Not a big deal…
so they wanted him to stay in the country and wait for his extension, but my visa was about to expire next week. Well, for border officers it wasn’t a problem – “you can go and he’ll stay. You’re not married… are you?”. Any sentiment can be killed if you don’t have a paper proving your affection.
I still cannot believe that they let us pass.

DSCN0520

Then we crossed the one with Zimbabwe and that was the emotional one – there we left something (someone) behind, few tears stained that ground as well. It is what it is, but I doubt that officers there saw puffy eyes that big in a while. Maybe that’s why we didn’t have any paperwork problems?

Going to Zambia was supposed to be easier (we bought a visa for Zim and Zam), none of us expected that people around us will make such a huge difference on a 10 km distance from the border post. The problem was in a fact that we left our hearts somewhere on a cost of Kariba lake, in a small village full of warm hearted people, elephants, hippos and…to many crocodiles.

DSCN9592

And here we are, Malawi. After driving 80 km on a road, no, actually not a road, dried out river! We learned that hard currency is a must have in some countries, that “very precious stamp, nobody else will give you stamp like this!” can (or must?) substitute for a passport and that happy-stoned-as-f-village can be really annoying when you’re trying to figure out that 1 US dollar is worth 700 Malawian kwachas.

Now I know that crossing borders between foreign countries is easy. The ones really difficult to cross are the high walls in our minds. You know, the one made of preconceived ideas, rules that we’re trying to keep up with and most importantly things we’re becoming to love, simply because they are.

DSCN0689

It’s how I never knew where my boundaries are before I started crossing borders, you cannot learn this. Every time we’re standing in front of border post I take a deep breath and I think what will be next? What will surprise me, amaze me, frighten me or anger me? I don’t know. It’s always like a roulette, spinning all your dark fears to choose the most unexpected ones.

We’re learning. Learning how to deal with impossible and most of the time how to deal with ourselves.

IMG_9538

Granic w Afryce przekroczyliśmy już kilka i jak się nad tym zastanowić to żadnej nie udało się przekroczyć bez przeszkód.

Granica z Botswaną była trudna przez Radka. Jego Południowo Afrykańska wiza straciła ważność dwa miesiące wcześniej (a jej przedłużenie wisiało gdzieś w urzędowej próżni), moja miała swoją stracić za parę dni. Nie ma sytuacji bez wyjścia: „Ty jedź a on zostanie” usłyszeliśmy na granicy i na nic się zdało tłumaczenie, że przyjechaliśmy do Afryki razem i nie za bardzo nam się uśmiecha rozdzielać. Nie ma ślubu, nie ma argumentu. Do tej pory nie wiem jak udało nam się ten temat przeforsować.

Kolejna była granica z Zimbabwe, emocjonalna granica, na której trzeba było się pożegnać. Może to właśnie tych kilka łez i czerwone podpuchnięte oczy sprawiły, że urzędnicy nie robili nam większych problemów z papierkologią?

Granica z Zambią miała być prostsza (w Zimbabwe wykupiliśmy wizy na Zam i Zim), nie była. Nigdy nie sądziłam, że moje otoczenie, czy podejście ludzi, będzie miało na nas tak duży wpływ. Od granicy dzieliło nas 10 km a wszystko było takie inne.Chociaż to pewnie dlatego, że kawałek serca zostawiłam gdzieś nad brzegiem jeziora Kariba, z tymi niezwykle ciepłymi ludźmi, ze zwierzętami…tylko za krokodylami nie tęsknię.

No i dotarliśmy do Malawi. Z Zimbabwe dojechaliśmy wyschniętym korytem rzeki, na granicy po raz kolejny przypomniano nam, że bez dolarów ani rusz a urocza strażniczka próbowała zatrzymać nasze paszporty w zamian za „bardzo ważny stempelek, takiego stempelka nie dostaniesz od nikogo w mieście!”. Jakby tego było mało czekało nas jeszcze przeliczanie malawijskiej kwachy na złotówki (200 MWK = 1 ZŁ) i długie rozmowy o życiu ze zjaranymi mieszkańcami Chipity. Było zabawnie.

Teraz już wiem, że przekraczanie granic między nowymi krajami nie jest takie trudne. Prawdziwe granice nosimy w sobie, te mają mocny fundament stereotypów, własnych ambicji i rzeczy, do których przywykliśmy aż za bardzo.

Chyba nigdy wcześniej nie wiedziałam, gdzie są moje granice. Żeby je odkryć musiałam przejść kilka krajów a wciąż nie wiem co nas czeka za rogiem. Zaskoczenie, zauroczenie, przerażenie, złość? Nie mam zielonego pojęcia. Przekraczanie kolejnych granic jest jak gra w ruletkę, nigdy nie wiesz co się trafi.

Uczymy się. Tego jak radzić sobie z niemożliwym i tego jak radzić sobie z sobą samym.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s