Bus through Zambia.

Zambia is huge and has horrible roads. No, I don’t mind the standard of roads themselves – that kind of adjust (=lowers) when you’re in Africa for a while. The problem with Zambian roads is that they’re connecting Copperbelt and Lusaka.
That’s it.
I’m not kidding, it stopped being funny somewhere on a way to Chimfunshi.

Well, if you’re a tourist I wish you best luck with moving around Zambia. Especially if you’re willing to see eastern parts of a country (or any part of the country without owning a car).

At this point you can already suspect that we choose the most inconvenient trail around Zambia we could’ve imagined (without any particular reason – as always). First, we went north from Copperbelt and then even further to beautiful Samfya and Kasama.

Kasama is a huge street market and this is probably the only reason why they’re calling it a “city”. What a surprise that it’s the biggest city of the northern district!
It’s great for more than just fresh fruits and smoked fish – it connects Zambia with northern Malawian city – Chitipa. At least we thought so.

DSCN9512.JPG

Bus stations are always full of people who will crowd every tourist-looking person with loads of unnecessary questions and bullshit advice. There is always this one drunken guy who has got guide aspirations and the other one who assumes that dealing with the “guide” is a lot to take… so he’ll carry the luggage.

With this great company, we march between small huts selling bus tickets trying to find the one which will take us to Chitipa.
After visiting few huts and accompanied by an even bigger group of people giving us contrary information and unnecessary help, we ended up in front of green painted hut with huge white letters saying, “PEACE SOLDIER”. Well, it must be here!

We’re in, but before we’ll even catch a breath everybody starts speaking on our behalf, so when we finally catch attention of a merchant he’s sure that we want to go to Lusaka not to Chitipa and we’re not going to Malawi but to South Africa… That’s funny how drunks from neighborhood know better.

DSCN9510.JPG

Radek starts explaining that there must misunderstand us because as far as we’re concerned South Africa is a place we’ve just come from. I glanced at the guides and haulers, they weren’t happy. A former redhead (current bold) white guy is saying that they are wrong! How dare he?! He doesn’t know a thing!
Half of our huge group just got offended and dispersed in a madding crowd of a bus station. Uff, Radek just need to say something annoying to get rid of the other half. It won’t be easy because they already started shouting, intending to persuade us for a bus to beautiful Lusaka instead of this small, ugly Malawian city nobody even heard about.

Fortunately, merchant knows where Chitipa is and one of ‘peace soldiers’ is going that direction. Fantastic!
“So what days and time bus departures?” – I asked the necessary information because finally, our helpful bus-stop community left us alone.
“Everyday, thirteen hours”. Ok, so tomorrow at 1 pm we’ll start another exciting chapter of our trip.
We didn’t wanna waste time if it would be possible we would leave the same day. But attempts to hitchhike failed quickly – after few car drivers told us price 2-3 times higher than the one for a bus. It was cheaper to stay in Kasama another day, and well we’re on a budget.

IMG_9545

Next day we waited for a bus from 10 am, for our first African bus working on a time schedule instead of “fill-up and go” basis. I don’t know why I haven’t thought about it earlier, time schedule bus in Africa? There must be a catch. It was, bigger than we could’ve imagined. Peace soldier turned out to be a ghost soldier.

Our guides and haulers tried to help us again, why not Lusaka?

We were stubborn, we waited 3 days for our ghost soldier to come. Every day coming to the bus station and asking if today is the day that our “everyday” bus will come.
After that time our guides remember us not only as mzungu but as Laura and Rodrick and every day they asked: “if today is a day that we’ll finally leave and do our travels?”.

Before our “time scheduled soldier” I was tired of constant drives from one place to the other, now I feel like the bus is my home without whom I am lost.

A shift of perspective.

IMG_9551

Zambia jest wielka a jej drogi pozostawiają wiele do życzenia. I nie mam na myśli złej nawierzchni – do tej Afryka przyzwyczaja nas od paru miesięcy. Problemem jest fakt, że Zambijska infrastruktura łączy kopalnie miedzi z Lusaką.
To by było na tyle z dużych szlaków komunikacyjnych.
Już mnie to nawet nie bawi, przestało jakoś w okolicach Chimfunshi.

Jeśli więc jesteś turystą życzę Ci powodzenia jeżdżąc tu i tam, szczególnie jeśli celem mają być wschodnie rubieże Zambii (nie masz samochodu? Będzie tylko gorzej).

W tym miejscu możesz się już spodziewać, że wybierając nasz Zambijski szlak wodze fantazji poniosły nas dalej niż główne trasy. Najpierw pojechaliśmy powyżej kopalń miedzi a dalej jeszcze wyżej, aż do pięknej Samfii i Kasamy.

Kasama jest jak wielki rynek bałucki, to prawdopodobnie tylko ze względu na rozmiar nazywa się ją „miastem”. Jakież było moje zaskoczenie, że to nie takie zwykłe miasto a stolica regionu północnego!
Ten gigantyczny stragan z owocami i wędzonymi rybami ma jeszcze jedną ogromną zaletę – łączy Zambię z północną częścią Malawi (miasteczkiem Chitipa) a przynajmniej tak nam mówili.

Stacje autobusowe oprócz podstawowych usług oferują również szeroki wachlarz okolicznych obiboków, którzy raczej nie pomogą, ale zrobią wokół każdego przyjezdnego sporo szumu. Na czele każdej takiej „grupy wsparcia” można znaleźć pijanego o aspiracjach przewodnika i jego kolegę, który jest na tyle trzeźwy, że wie jakim ”przewodnik” może być wrzodem, ale na tyle pijany, że chce nosić bagaż.

W tym doborowym towarzystwie krążyliśmy między budkami biletowymi szukając transportu do Chitipy. Po wizycie w kilku z nich nasza „grupa wsparcia” zawierała już co najmniej kilkanaście promili. Wtedy zobaczyliśmy firmę autobusową o wdzięcznej nazwie „ŻOŁNIEŻ POKOJU”. To musi coś znaczyć, to jest to!

Staliśmy już przed budką, ale zanim zdążyliśmy wziąć oddech nasza „grupa wsparcia” już przekrzykiwała się wzajemnie próbując sprzedawcy wytłumaczyć co, gdzie i jak. Kiedy już udało nam się dorwać do głosu wszystko było już ustalone: bilety do Lusaki skąd będziemy mogli pojechać do RPA, i nikogo w tłumie nie obchodzi, że nasz kierunek jest zupełnie inny…miejscowi wiedzą lepiej i tyle.

Radek usiłował wytłumaczyć sprzedawcy, że cała ta sprawa to jakieś nieporozumienie, a my niedawno z RPA wyjechaliśmy więc wcale nam nieśpieszno tam wracać. Zerknęłam na naszych przewodników i tragarzy, zobaczyłam zniesmaczenie.
Ten łysy, niedawno jeszcze rudy, podważa ich opinię! Jak on śmie, przecież oni chcieli tylko pomóc!
Połowa naszej grupy wsparcia już się śmiertelnie obraziła i wracała do swoich zajęć w tłumie ludzi na stacji. A ja tylko czekałam aż Radek powie coś co obrazi drugą połowę żebyśmy wreszcie mogli usłyszeć własne myśli. Nie nastąpiło to szybko, bo nasi pomocnicy już się przekrzykiwali, tym razem tłumacząc Radkowi dlaczego Lusaka jest wyborem znacznie ciekawszym niż jakaś wiocha w Malawi.

Sprzedawca biletów (szczęśliwie) nas wysłuchał i powiedział, że jeden z „żołnierzy pokoju” jeździ w naszym kierunku „codziennie, trzynaście godzin” co z ich na nasze znaczy tyle, co codziennie o trzynastej.
Świetnie! Następnego dnia o 13 mieliśmy ruszyć w kierunku Malawi, którego tak bardzo nie mogliśmy się doczekać.
Jakby się dało, wyjechalibyśmy tego samego dnia, ale próba łapania stopa skończyła się fiaskiem – paru kierowców zaproponowało nam cenę za przejazd 2-3 krotnie wyższą niż ta za busa – taniej będzie przenocować w Kasamie.

Następnego dnia, już od 10, czekaliśmy na stacji na pierwszego w naszej afrykańskiej historii busa z rozkładem jazdy. Informacja dla ciekawych: większość z nich działa tu na zasadzie „jak się wypełni to pojedziemy”.
Rozkłady jazdy w Afryce? Nie chce mi się wierzyć, że wcześniej nie zauważyłam, że coś tutaj śmierdzi. Rozkład jazdy pewnie i był, ale nasz żołnierz pokoju okazał się być zjawą.

Nasza grupa wsparcia od razu zaproponowała nam rozwiązanie: jedźcie do Lusaki!

Ale my się nie poddaliśmy i twardo czekaliśmy na naszą zjawę – 3 dni. Codziennie przychodząc na stację z pytaniem czy „bus codzienny” przyjeżdża dzisiaj?
Po tych paru dniach, nasi przewodnicy i tragarze znali nas już nie tylko jako mzungu, ale jako Laurę i Rodrick’a (Radek okazuje się być niewymawialne przez większość Afrykańczyków). Codziennie pytając nas:”czy to już dzisiaj jest ten dzień kiedy pojedziemy w naszą podróż?”.

Zanim przyjechał nasz „punktualny żołnierz” zdarzało mi się narzekać na bycie w drodze cały czas, na ciągłe przesiadki i nocne przejazdy. Teraz na widok busa czuję się jak w domu, bez którego jestem zagubiona.

Zmiana perspektywy.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s